I was raised on rock!

Sex, drugs, rock n' roll!

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Spokojnie, nie porzuciłam bloga, zwyczajnie napisanie rozdziału na poziomie, od którego nie chcę odchodzić, wymaga trochę czasu. Nie będę tu wrzucała shitu, więc niektóre rzeczy mogą mi dłużej zająć ;)
10.11.2013 o godz. 17:04

#3

W tym samym czasie Ethan, Dan i Cliff uprzątali piwnicę, zwijali kable, zmiatali pety z podłogi. Nie mieli za bardzo siły ani ochoty na rozmowy. Cały wieczór prób... to naprawdę wykańcza. Pierwszy odpadł Dan.
- Sorry chłopaki, muszę spadać. Wiecie, jak to u mnie jest... stara się wścieknie. Do jutra.
- Nara, stary.
- Trzymaj się.

Wyszedł na zewnątrz, z ulgą wciągając do płuc rześkie nocne powietrze. Zaduch w piwnicy był nie do zniesienia. Rozejrzał się apatycznie po ciemnej ulicy i powlókł się do domu. Powlókł się to właściwe określenie – starał się ze wszystkich sił opóźnić swój powrót. Z grubsza po prostu wiedział, co tam zastanie – komitet powitalny w składzie: matka, stojąca sztywno jak patyk ze skrzyżowanymi rękami, ojciec w fotelu palący cygaro, spoglądający na niego z niesmakiem. Nie miał na to najmniejszej ochoty.

Tak było od zawsze, od kiedy był małym chłopcem i po raz pierwszy sprzeciwił się rodzicom. Chodziło o jakieś głupie wyjście na imieniny cioci, po prostu nie chciał tam iść, ale wtedy to była dla niego duża sprawa. Rodzice nie chcieli go wesprzeć, bo źle by to wyglądało. To była chwila, w której zrozumiał, że nie zawsze można polegać na rodzinie, i jeśli coś się stanie, może być tak, że będzie zdany wyłącznie na siebie. Miał wtedy może osiem lat. Potem matka wyganiała z domu jego kolegów, którzy pochodzili z biedniejszych rodzin. Wyrzuciła też jego pierwszą i jedyną dziewczynę.

W czasie marszu stopniowo się rozluźniał. Wyjął pałeczki z tylnej kieszeni spodni i na każdym napotkanym parapecie, donicy, śmietniku wystukiwał ulubione rytmy. Humor opuścił go jednak momentalnie, kiedy dotarł do bogatszej dzielnicy miasta – tam, gdzie stały wszystkie domki jednorodzinne, ogrodzone białymi płotami. American dream w pełnej krasie. Piękne na zewnątrz, gniją od środka, zupełnie odwrotnie niż Maple Street, pomyślał refleksyjnie chłopak. Wyjął z kieszeni klucz i przekręcił zamek w furtce. Nie zaskrzypiał, widocznie ojciec wpuścił olej.

Wolno szedł przez alejkę prowadzącą do domu. Usłyszał szczekanie psa. Cholera, ten kundel sąsiadów wszystkich pobudzi, zaklął w myślach chłopak. I rzeczywiście, w oknach zaczęły zapalać się światło. Dan przyspieszył kroku i niemal biegiem dopadł drzwi. Szarpnął za klamkę – były otwarte. Niedobrze, nie śpią, zdążył jeszcze pomyśleć.


Tymczasem Ethan i Cliff również dążyli się rozstać. Cliff mieszkał blisko, na Maple Street 34, a Ethan jeszcze bliżej – cztery piętra wyżej. Gitarzysta rozluźniony wyszedł i skierował kroki do swojego domu. Wiedział, że nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby wrócił jeszcze później niż teraz – szczerze mówiąc, chłopak wątpił, czy ktokolwiek zauważyłby, gdyby nie wrócił na noc. Podszedł do drzwi, otworzył je „z buta” i zapalił światło. Nikogo. Zupełnie nikogo.
- Cholera – zaśmiał się gorzko.

Matka w barze, ojciec pewnie na dziwkach, pomyślał. Pięknie, po prostu pięknie. Wszedł do swojego pokoju. Nic szczególnego – tapczan, szafa, małe biurko. Ciężko określić, jaki kolor miały ściany – z większości poodłaził już tynk i farba, zresztą na całej powierzchni były porozklejane plakaty. Cliff rzucił plecak na podłogę i wziął z krzesła w miarę czystą koszulkę i świeże bokserki. Nieco apatycznie powlókł się do łazienki, która prezentowała się tylko odrobinę lepiej niż ta u Joego i Maggie. No i była ciepła woda. Chłopak rozebrał się, wszedł pod prysznic, szybko się opłukał i nie trudząc się zakładaniem przyniesionych rzeczy czy wycieraniem się poszedł do pokoju zostawiając po drodze mokre ślady i opadł na łóżko, zasypiając od razu.


Ethan w tym czasie zdążył pokonać cztery kondygnacje starego budynku, sto razy przeprosić rodziców za hałasy, za kolegów, za późny powrót. Za trawkę nie musiał przepraszać, rodzice nic nie poczuli. Jego rodzice byli z zawodu lekarzami, o ironio, więc powinni wiedzieć, w jakim stanie wraca do domu ich syn. Jednak z niewyjaśnionych powodów nie widzieli lub nie chcieli tego widzieć. Ethan poszedł do swojego pokoju, krzywiąc się już na wejściu. Świątynia jego dzieciństwa nie prezentowała się zbyt okazale. Wszędzie pluszowe miśki, puchaty dywan, kolorowa pościel i tapeta na ścianach. Tak nie powinien wyglądać pokój rockmana, pomyślał ponuro zaglądając do szafy. Ignorując potrzebę umycia się, którą zwyciężyła paląca senność, przebrał się w pidżamę i położył do łóżka. Zasypiał w miarę spokojny, nie myśląc za wiele.

To niezwykłe, w jak różnych rodzinach i warunkach żyli bohaterowie naszej opowieści. Mimo różnego pochodzenia, wychowania i sposobu myślenia potrafili się ze sobą dogadać. Łączyła ich miłość do grania. To dowód na to, że muzyka to magia największa na świecie – jeśli coś na świecie może być zmienione to tylko przy pomocy muzyki, mawiał Hendrix.
Tagi: #3
27.10.2013 o godz. 20:17

Okej, mała notka - jeśli chcecie, żebym nadal coś wrzucała, dajcie mi jakiś znak ;)
13.10.2013 o godz. 18:23

#2

Zimne powietrze lekko otrzeźwiło dziewczynę. Przestała się opierać na ramieniu chłopaka i zwyczajnie chwyciła go za rękę. Wolno spacerowali wśród szarych budynków. W zasadzie nie było czego podziwiać – było ciemno i obskurnie, jak zwykle. Ale, co dziwne, oboje uwielbiali ten specyficzny klimat, jaki dawały nowojorskie blokowiska.

Po kilkunastu minutach, kilkuset krokach i tylko jednym potknięciu oddalili się od głównej dzielnicy i skierowali się na lewo, w stronę starych budów, w królestwo niesprzątniętych rusztowań i walających się wszędzie metalowych wiader. Tam stał „ich” „dom”.

Prezentował się fatalnie. Dwupiętrowy, zbudowany na planie prostokąta. Miał jakieś 40-50 lat. Spod marnych resztek tynku i niegdyś pewnie białej farby wyłaziła brunatnoczerwona cegła. W oknach na piętrze brakowało szyb – zastępowały je kartony. Jedynie drzwi wyglądały znośnie – nie tyle porządnie, ile w normie.

Weszli do środka, chwilę kontemplując ich świątynię. Wnętrze prezentowało się odrobinę lepiej. Była rozkładana zielona kanapa nakryta kocem, tylko lekko nadjedzonym przez mole. Była szafa, bez jednej nogi, w której para przechowywała cały swój niewielki dobytek, oraz ubrania, oczywiście. Był nawet chwiejący się stolik i stary telewizor z lat 50 – zapewne zostawili go poprzedni właściciele. Chłopak naprawił go, i kiedy tylko mieli pieniądze na prąd, oglądali wspólnie wieczorne programy. Joe i Maggie nie wiedzieli, kto mógł tu wcześniej mieszkać, ale zawdzięczali mu także bieżącą wodę i kanalizację. W następnym pokoju stała kuchenka gazowa i następny stolik, na którym były rozłożone różne artykuły żywnościowe. Drugie piętro to była rupieciarnia, również zostawiona przez poprzedników.

Joe zapalił dwie lampy gazowe, które nieco rozwiały mrok. Maggie podeszła do szafy i wyjęła stary powyciągany dres w którym spała, już lekko na nią za mały, i skierowała kroki do małej łazienki, po drodze zabierając mniejszą lampę. Przymknęła drzwi, bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności – i tak się nie zamykały. Podeszła do umywalki, odkręciła kurek z zimną wodą i ochlapała nią twarz. Umywalka była prosta, ale czysta i zadbana – jak cała łazienka. W białym plastikowym kubku stała pasta do zębów i dwie szczoteczki. Obok małe opakowanie tamponów, dwa dezodoranty, golarka i krem do golenia. Zdjęła ubrania i weszła pod natrysk. Na moment odkręciła wodę i zaraz ją zakręciła. Namydliła się, odkręciła wodę powtórnie i spłukała najszybciej jak mogła. Woda była droga. Do gotowania używali wody ze studni za domem, ale dziewczyna lubiła umyć się pod prysznicem.

Wytarła się jedynym ręcznikiem, jaki wisiał na haku i wciągnęła na siebie dres. Związała długie włosy w kitkę i umyła zęby resztką pasty. Trzeba pójść do Samu, przebiegło jej przez głowę. Wyszła z łazienki i odłożyła lampę na miejsce. Joe, w czasie gdy ona się kąpała, zdążył przygotować kolację.
- Prosię w galarecie dla mojej królowej! - zawołał, kłaniając się niby dworski paź i podając jej tacę z kanapkami.

Parsknęła śmiechem.
- Dziękuję, nadobny giermku – odkłoniła się, biorąc jedną.

Siedli po turecku na kanapie.
- Dobrze nam dzisiaj szło – zauważyła dziewczyna. Joe pokiwał głową.
- Tak, całkiem nieźle. Wiesz, nie wierzyłem w to, ale jeśli dogadamy się z tą wytwórnią i zdążymy na czas... możemy na tym sporo zarobić – nagle się ożywił.
- Wiem – odstawiła talerz z kanapkami i przysunęła się do chłopaka. - Moglibyśmy przestać mieszkać w tej ruderze i wynająć sobie mieszkanie. Albo i wyremontować to...

Joe westchnął.
- Mówiłem ci kocie, że to nie takie proste. Nie będzie remontu. To nie jest nasz dom. Jak ktoś się zorientuje, że tu mieszkamy, to nas stąd wyrzucą. Ja może poszukam mety u chłopaków, zresztą ze mną nie ma problemu – jestem dorosły. Ale ty dzieciaku – pogłaskał ją pieszczotliwie po włosach. - Wiesz gdzie byś trafiła.

Zesztywniała na moment. Oboje wiedzieli bardzo dobrze. Maggie uciekła od swojego ojca dwa lata temu, miała tylko czternaście lat. Potworności, jakie przeżyła w rodzinnym domu, wyrobiły w niej niezłomny charakter, są materiałem na osobną historię...

Joe wyczuł, że nie powinien o tym mówić. Mocno przytulił ją do siebie.
- Nie bój się, ze mną jesteś bezpieczna. Już nikt nigdy nie zrobi ci krzywdy.
Tagi: #2
10.10.2013 o godz. 20:07

#1

Słońce już dawno schowało się za horyzontem – dochodziła jedenasta wieczór. Na jednej z dzielnic Nowego Jorku, na którą lepiej nie przychodzić po zmroku, nie było bynajmniej cicho. Z piwnicy bloku numer 12 Maple Street dochodziło rytmiczne: łup, łup łup. Wszyscy wiedzieli, że gra tam zespół rockowy Madhouse, w więcej niż dziwnym składzie. Dwudziestopięcioletni Joe, mieszkaniec dzielnicy od zawsze, uczniowie ostatniej klasy – Cliff, Dan i Ethan oraz najmłodsza, ledwie szesnastoletnia Maggie. Nikt nie śmiał im przeszkadzać czy wzywać glin – ostatni, który to zrobił, skończył nieciekawie.

Ciemnowłosy wokalista odwrócił się od mikrofonu i gniewnie potrząsnął długimi włosami nad którymi załamywała ręce jego matka, przy okazji podzwaniając wszystkimi metalowymi akcentami jego stroju – to znaczy czarnych bojówek i obcisłego bezrękawnika.
- Cholera jasna, Cliff! - wydarł się Joe. - Nie możesz zagrać jednego pieprzonego riffu poprawnie?
- No chodź kurwa, zamienimy się. Ja będę robił z siebie małpę przy mikrofonie, a ty spróbujesz ogarnąć choć jedną strunę z sześciu. I coś mi się kurwa nie wydaję, żeby ci to wyszło – odpyskował koledze blondyn ubrany w wygnieciony podkoszulek i sprane dżinsy, dla wzmocnienia swoich słów grając wyjątkowo trudny kawałek utworu, który przed chwilą pomylił.

Ostrą wymianę zdań, mogącą się przerodzić w coś więcej niż tylko słowne przepychanki, ukróciła czerwonowłosa wysoka dziewczyna, ubrana w poszarpane i poprzecierane dżinsy i luźny kolorowy t-shirt. Wyciągnęła główny kabel zasilający z gniazdka. Wszystkie wzmacniacze wyłączyły się z charakterystycznym hukiem, co momentalnie zwróciło uwagę całej grupy. Cliff i Joe ze złością, a Dan i Ethan z ciekawością wpatrywali się w młodą Maggie.
- Ja pierdolę, chłopaki, skupcie się – wydarła się. - Jeśli mamy nagrać cokolwiek w terminie, musimy zacząć ostro ćwiczyć i przestać zachowywać jak idioci.

Podeszła do Joe i przyciągnęła go do siebie.
- Nie najeżdżaj tak na niego. Stara się.
- Mógłby starać się bardzie – mruknął, ale nie odtrącił jej.

Dziewczyna pocałowała go krótko, ale namiętnie, i zwróciła się do Clliffa.
- Rozumiem, że się starasz, ale ćwicz więcej w domu, do cholery ciężkiej! Piąty raz mylisz się w tym samym miejscu!

Skierowała atak na Dana – perkusistę, opartego o ścianę i brudzącego i tak już znoszoną kamizelkę.
- A ty! W trzecim takcie notorycznie gubisz rytm! Ale i tak jest nieźle. - przeniosła wzrok na Ethana, który wyglądał najporządniej z nich, i taki w gruncie rzeczy był. - Do ciebie na razie nie mam zastrzeżeń, uratowałeś tyłek.

Parsknął śmiechem. Po chwili reszta do niego dołączyła, nie mogąc się oprzeć jego pozytywnej energii. Niezależnie od wszystkiego.
- Przepraszam chłopaki – uśmiechnęła się dziewczyna. - Ale wiecie, że mam rację. Musimy się spiąć i grać. Ten cały pośpiech i wszystkie terminy zaczynają mi powoli wychodzić bokiem, ale... z czegoś trzeba żyć, a nagranie tego singla mogło być początkiem naszej płyty, a ta początkiem naszej kariery.
- Wiemy, wiemy – wywrócił oczami Cliff. - Przypominasz o tym codziennie.
- Bo mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, którą to obchodzi! Nie chcę zgnić w szkole, potem iść na studia i resztę życia spędzić za biurkiem urzędniczki. Chcę żyć, ludzie!

Uniosła obie ręce. Cliff i Etan przybili jej piątki, a Joe i Dan przybili chłopakom i sobie nawzajem. Wyszedł jeden krąg. To był ich gest od bardzo dawna, oznaczający po prostu jedność. Chcieli tego samego, i chociaż często się kłócili, nie zapominali o tym. Chcieli wybić się, wydostać się z tego miejsca.
- Dobra misie, teraz czas na coś wesołego – wyszczerzył się Joe wyciągając z obszernej kieszeni kamizelki papierośnicę.

Wszyscy wiedzieli jednak, że w środku wcale nie ma zwykłych papierosów. Mrihuanę palili często, twarde narkotyki brali, żeby mieć energię na całonocne koncerty i imprezy.
Twarze wszystkich rozjaśnił uśmiech.
- Ej, nie zapominajcie, że to piwnica mojej matki – odezwał się Ethan. - Jak wyczuje tu trawę...
- To będzie już trzeci raz w tym miesiącu – uzupełniła Maggie. - Nie odgrywaj sztywniaka, bo więcej ci nie damy.

Szybko odebrał porcję dla siebie z rąk Joe, który ochoczo zwijał już skręty dla wszystkich.
- Ja nie mówię, że nie chcę – zaznaczył szybko, wyjmując z futerału na gitarę zapalniczkę. - Tylko że ja nie mam tego komfortu co wy i nadal mieszkam ze starymi. Będę mieć przejebane w razie co.
- To ma dobre i złe strony – mruknęła Maggie, przypalając skręta, nie kierując słów do nikogo konkretnego.

Joe objął ją i usiedli na podłodze. Krzeseł w piwnicy nigdy nie było. Pozostali też usiedli w kręgu i po kolei odpalali jointy. Po chwili pomieszczenie wypełniło się ciężkim dymem. Dopiero po pół godzinie zgodnej ciszy zaczęło się coś dziać.
- Tego mi brakowało – odezwał się Ethan. - Wreszcie chwila wytchnienia.

Odpowiedziało mu milczenie. Po kilku minutach głos zabrał Dan.
- Wiecie czego bym chciał? - zapytał. Nikt nie wiedział. - Cholernego pokoju na świecie. Jebanego braku wojen i biedy. A tak... - urwał, zaciągając się.

Pokiwali głowami. Nie sposób było się domyślić, o czym rozmyśla każdy z nich. Maggie dopaliła swojego skręta i ułożyła się w ramionach Joe. Ten wiedział, że jego dziewczyna zaraz może przysnąć, a nieść jej do domu nie zamierzał. Spojrzał na wysłużony zegarek. Pierwsza za pięć.
- Hej, mała – potrząsnął nią. - Wracamy?
Pokiwała głową. Podnieśli się z podłogi.
- Będziemy jutro o ósmej, pasuje wam?
Nieśmiałe pomrukiwania, znaczy że tak. Para pożegnała się, Maggie nadal mocno zaspana, i wyszli na chłodną noc.
Sex__Drugs_and_Rock_n___Roll_1_by_Jee_is_paranoid.jpg
Tagi: #1
08.10.2013 o godz. 20:53

#0

Nowy blog, czysta karta... tym razem nie będę się wam zwierzać ze swojego życia. Mam tu już konto, aktywne, ale niech pozostanie tajemnicą - na razie.

Będę tutaj pisać opowiadanie. Muzyczne. Nie, nie o Justinie Bieberze ani One Direction. Nie będzie prologu ani przedstawienia postaci. Będzie tylko krótkie wprowadzenie, którego jednak bystry czytelnik czytać by nie musiał - robię je bardziej po to, żeby potencjalny follower miał na czym oko zawiesić.

Historia zaczyna się w 1972 roku w mieście młodości, Nowym Jorku - czas rozkwitu rocka i własnej twórczości. Piątka młodych ludzi gra w zespole muzycznym. I to w zasadzie tyle - poznajcie ich od różnych stron. Stosunki rodzinne, strona muzyczna, walki z wytwórniami, chroniczny brak czasu i pieniędzy, perturbacje damsko-męskie, w końcu koncerty i nocne życie - kac przyjdzie potem.
12458706-ilustracja-zespol-rockowy.jpg
Tagi: #0
07.10.2013 o godz. 20:43
Raised
I was raised on rock!
O mnie: Historia zaczyna się w 1972 roku w mieście młodości, Nowym Jorku - czas rozkwitu rocka i własnej twórczości. Piątka młodych ludzi gra w zespole muzycznym. I to w zasadzie tyle - poznajcie ich od różnych stron. Stosunki rodzinne, strona muzyczna, walki z wytwórniami, chroniczny brak czasu i pieniędzy, perturbacje damsko-męskie, w końcu koncerty i nocne życie - kac przyjdzie potem.
statystyki